Tak to jest. Zakładam bloga, piszę na nim, angażuję się w ułożenie moich pokurzonych myśli, by po jakimś czasie... zapomnieć loginu.
Niedziela. Odwieczny Dzień Późnego Pójścia Spać poprzedzony Wielkim Nicnierobieniem, okraszony litrami czarnej kawy działającej do czwartej w nocy i jeszcze trochę - bo do tej pory będę czytać w łóżku, nie bacząc na porę (chyba że wyłączą mi prąd, tak jak wczoraj o trzeciej, no ale wtedy są świeczki, nawet romantyczne), a skutkujący niewymiarowym bólem głowy następnego dnia. Taki to dzień.
Lubię niedzielę.
Czasami zastanawiam się, dlaczego lekcje języka ojczystego - tak pięknego przecież - muszą przebiegać tak schematycznie. Czy to naprawdę tak ważne - zdać maturę? A gdzie człowiek jako patriota, pytam się? Kiedy płaczę, czytając kolejne opowiadanie K., wysłane do mnie dokładnie w czwartek i kiedy czuję każde słowo, które czytam, potrafiąc dostosować je do mojej rzeczywistości, zastanawiam się - po co nam Roland? Dlaczego mam pochwalać zwariowanego pyszałka podążającego za trendem, bo tak to przecież można nazwać, umierania dla chwały, dla pieśni pochwalnych, ciągnącego za sobą przy okazji masę ludzi, na których czekają młode żony, będące potem piętnastoletnimi wdowami z dzieckiem na ręku, niemogącymi ułożyć sobie życia na nowo? Mam podniecać się bezsensowną wojną średniowieczną dla chwały , a chwilę później krytykować ,,złą interpretację" świętej wojny Mahometan - tylko dlatego, że tak jest w programie? Mam szesnaście lat, szukam - chociaż nie do końca się do tego przyznaję - sensu, celu, woli, podobnie jak trzydzieści osób w każdej z klas, a tutaj co? Zadanie pierwsze, drugie, trzecie, zadanie domowe... Aha, pamiętajcie o Kluczu.
Quo vadis nawet nie czytamy. Bo po co, skoro nie ma tego w indeksie lektur, gdy ktoś mądrzejszy uznał, że to arcydzieło właściwie nie ma znaczenia.
Co za różnica, polski pod zaborami czy nie, skoro miłości do języka polskiego - do Polski - na lekcjach się nie nauczę?
Emocje ulatują z człowieka pod wpływem różnych impulsów. Moje impulsy to muzyka. Dzięki niej chce mi się wstać rano, podnieść głowę do góry i nie zamilknąć, kiedy mam ochotę zbuntować się przeciwko:
wszystkim schematom, szufladkom i innym zakładkom, udowadniającym, że coś jest albo czarne albo białe nie tylko w kontekście metaforycznym ale i dosłownym, z zaznaczeniem, że ,,biały" to zawsze z wielkiej litery, mimo że cała ta banda dla świata nie zrobiła nic więcej niż ci, których raczy brakiem szacunku; różnica jest taka, że jedni wykorzystali drugich, zabierając im wszystko, by nie potrafili się podnieść, a potem jeszcze na nich napluli i pokopali. I nie, nie ma podziału na lepszych i gorszych
albo
przełączenia się na tryb konsumpcyjny, gdzie drugi człowiek znajduje się poza kryterium, a liczy się tylko wyścig szczurów i to, co ustalone, z wyłączeniem własnych marzeń albo faktu przyznania, że się je kiedykolwiek miało.
Taak, to muzyka mnie napędza.